Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty

piątek, maja 27

"Oblubienice wojny" - Helen Bryan [PRZEDPREMIEROWO]


 

Tytuł: Oblubienice wojny
Tytuł oryginały: War Brides
Autor: Helen Bryan
Wydawnictwo: Editio
Data wydania: czerwiec 2016
Liczba stron: 408

"Biedna dziewczyna! I biedna jego matka! Czasami, pastorze, jestem taka zła na tę całą wojnę, modlę się, żeby Bóg uśmiercił Hitlera i wszystkich Niemców, chociaż pewnie nie powinnam. Gdyby chciał, już dawno by to zrobił i oszczędził nam wiele cierpienia"

Wojna kojarzy nam się przede wszystkim z niewyobrażalnym okrucieństwem. Pierwsze na myśl nasuwają nam się bombardowania, łapanki, masowe egzekucje. Wyobrażamy sobie mężczyzn idących na front, opuszczających żony i dzieci. Te kilka lat zebrało ogromne żniwo wśród ludzi, ale my wspominamy je zazwyczaj w książkach od historii, ucząc się ważnych postaci i dat. Tylko, że żadna książka od historii nie odda nam w pełni wojennej codzienności, każdego dnia, kiedy toczyła się walka o przetrwanie. Dotychczas nigdy nie próbowałam sobie uzmysłowić jak istotną rolę odgrywały kobiety, które są bardzo często zapominane i odrzucane na drugi plan. To również one powoływały się do wojennych organizacji, jednocześnie mając na głowie opiekę nad domem, dziećmi, rodziną. To kobiety, które każdego dnia żyły nadzieją na lepszą przyszłość.
„Oblubienice wojny” to historia pięciu dziewczyn, których losy niespodziewanie splatają się w małej wiosce Crowmarsh Priors na południowo-wschodnim wybrzeżu Anglii. Alice, Evangeline, Elsie, Tanni i Frances każdego dnia muszą radzić sobie z wojenną codziennością. Są świadkami bombardowań i nalotów, ale jednocześnie przeżywają pierwsze miłości, przyjaźnie, kiedy wojna zmienia młode dziewczyny na dojrzałe i odważne kobiety.
Wojna jest rzeczą, której nigdy nie potrafiłabym sobie wyobrazić, dlatego tym większą wartość mają dla mnie książki, filmy czy opowieści, które pozwalają mi choć trochę ją sobie unaocznić. Jednakże „Oblubienice wojny” to książka, która skupia się przede wszystkim na kobietach i to je stawia w centrum uwagi. Z ciekawością śledziłam losy dziewczyn, które tak wiele od siebie różniło, ale mimo to, potrafiły zjednoczyć się w obliczu wspólnego zagrożenia. Z początku nastawione do siebie nawet wrogo, z biegiem czasu nawiązują nić przyjaźni.

"Nie potrzebuję męża, który chciałby wiedzieć, dokąd jadę i co robię - pomyślała sobie"

W książce nie ma jednego głównego bohatera, ale jest za to pięć równie ważnych bohaterek. Alice, od początku była raczej skryta i wycofana, nigdy nie próbowała otworzyć się do ludzi. Ewangeline była osobą pewną siebie, mogłoby się wydawać, że czasem wręcz arogancką, ale zmieniła się diametralnie pod wpływem nowej rzeczywistości i miejsca zamieszkania. Tanni była szczególnie wrażliwa i zawsze myślała przede wszystkim o rodzicach i rodzeństwie. Frances natomiast, wydawałaby się jest całkowitym przeciwieństwem, będąc raczej typem osoby rozrywkowej, ale okazała się niezwykle zawzięta i uparcie dążyła do wyznaczonych celów. Wreszcie Elsie, najmłodsza z całej piątki, stała się wyjątkowo rozsądną i dojrzałą kobietą pod wpływem wojny. Każda z tych kobiet naprawdę mi zaimponowała i byłam pod ogromnym wrażeniem do jakich poświęceń są gotowe tak młode osoby. Nie potrafiłabym wybrać, którą z nich polubiłam najbardziej, ponieważ każda z nich posiada cechy godne podziwu. Jedno jest pewne. Były wyjątkowo wytrwałe i mimo wielu nieszczęść, które spotkały po drodze, były najlepszym przykładem na to, że kobiety wcale nie są słabsze od mężczyzn. Autorka bardzo realistycznie przedstawiła nam sylwetki tych pięciu kobiet, dzięki czemu miałam wrażenie,  że nie są jedynie postaciami na kartach tej powieści, ale przede wszystkim są bliskie czytelnikowi.
Helen Bryan wykreowała bardzo okrutną i często wręcz przytłaczającą wojenną rzeczywistość. Książka jest bardzo prawdziwa i mam wrażenie, że właśnie dzięki temu jeszcze bardziej trafia do czytelnika. To historia, która nie skupia się jedynie na wojennych działaniach i polityce, ale przybliża nam bardzo szczegółowo życie codzienne w niewielkiej angielskiej wiosce. Dotychczas czytałam raczej książki historyczne polskich autorów, dlatego odmianą było śledzenie akcji umiejscowionej właśnie w Anglii. Przyznaję, że czasami powieść trochę mi się dłużyła, ale było to raczej z początku, niż na końcu. Przy końcówce, pojawił się bowiem nawet wątek kryminalny, który w szczególności mnie zaciekawił.
Autorka ujęła całą historię w dość nietypowej formie. Z początku poznajemy bohaterki już w roku 1995, dawno po zakończeniu wojny, a dopiero później cofamy się w przeszłość wspominając tamte czasy i skupiając się już na właściwej fabule książki. Ostatnie kilka stron znowu przedstawia nam historię z perspektywy pięćdziesięciu lat, co okazało się ciekawym zróżnicowaniem i pozwoliło trochę zmienić punkt widzenia. 

„Oblubienice wojny” mimo kilku dłużących się momentów, okazały się naprawdę wartościową podróżą przez karty historii, która dokładnie przybliżyła mi życie zwykłych ludzi w wojennych czasach. Bohaterki okazały się naprawdę imponującymi postaciami, z których każda udowadnia jak wiele są w stanie dokonać kobiety! Autorka precyzyjnie oddała okrutną wojenną rzeczywistość, wzbogacając fabułę szczegółowymi opisami. Jak dla mnie sięgnięcie po tę powieść historyczną było bardzo ciekawą odmianą i sądzę, że warto czasem zagłębić się w tak tragiczne, ale równocześnie istotne wydarzenie dla naszego kraju, jakim była II wojna światowa.

Moja ocena: 8/10

Za książkę serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Helion!

http://helion.pl/


czwartek, kwietnia 7

"Kod Leonarda da Vinci" - Dan Brown


 
Tytuł: Kod Leonarda da Vinci
Tytuł oryginału: The da Vinci Code
Autor: Dan Brown
Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: styczeń 2013
Liczba stron: 568

"Dla jednych Graal jest kielichem, który przyniesie im życie wieczne. Dla innych poszukiwaniem zaginionych dokumentów i tajnych wątków historii. A dla większości z nas Graal chyba jest po prostu wspaniałą ideą... Pełnym chwały, nieosiągalnym skarbem, który nawet w naszym świecie pełnym chaosu inspiruje nas i daje natchnienie"

Ludzi od wieków fascynowała historia zaginionego kielicha, z którego Jezus pił podczas Ostatniej Wieczerzy, zwanego Świętym Graalem. Tylko, czy nazwanie go kielichem jest właściwe? Istnieją różne tezy na temat samego Graala, ale również związanego z nim wydarzenia, przedstawionego na obrazie Leonarda da Vinci „Ostatnia Wieczerza”. Jedno z tych najbardziej znanych, aczkolwiek odrzucanych przez Kościół Katolicki, ze względu na niezgodność z dogmatami wiary, jest stwierdzenie, że Jezus miał żonę, a była nią Maria Magdalena. Wszystko zaczęło się od kilku słów z Nowego Testamentu, kiedy to Jezus nazwał ją żoną, jak podaje tłumaczenie. Jednakże, tłumaczenie Pisma Świętego nie zawsze  jest całkowicie dokładne, a także jest upowszechnione w wielu wersjach, więc tak naprawdę, nie można dokładnie stwierdzić, co jest prawdą, a co jedynie legendą.
„Kod Leonarda da Vinci” to książka, która nie odnosi się do Świętego Graala jako do kielicha, lecz wychodzi z o wiele bardziej kontrowersyjnego założenia. Oczywiście wiele w niej jest fikcji literackiej, ale fragment historii również można poznać. Zauważyłam, że zazwyczaj zyskuje skrajne oceny, albo bardzo wysokie, albo wręcz przeciwnie. Rzadko kiedy coś pomiędzy. Więc czym jest to spowodowane?
Akcja powieści rozgrywa się w Paryżu oraz Londynie. W paryskim Luwrze zostaje popełnione morderstwo, którego ofiarą staje się kustosz muzeum Jacques Saunière. Głównym bohaterem jest postać znana już z innych książek Dana Browna – Robert Langdon. Historyk, wykładowca Harvardu, znany autor książek, w których przedstawia swoje teorie. Zostaje on oskarżony o popełnienie zbrodni, ale niespodziewanie z pomocą przychodzi mu agentka policji i specjalistka od kodów, Sophie Neveu. Od teraz mają niewiele czasu, aby rozszyfrować zagadki pozostawione przez Jacques’a. Uciekając francuskiej policji, mogą niedługo dowieść szokującej prawdy.

"Boimy się tego , czego nie znamy"

Moje pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne i muszę przyznać, że jak to prawidłowy kryminał, książka od początku trzyma w napięciu. Bardzo szybko odnalazłam się w klimacie paryskich muzeów, a wstawki historyczne tylko wzbogacają fabułę. Właściwie, to pisząc swoje wrażenia po lekturze, nie mogłabym pominąć najważniejszego jej aspektu, a mianowicie dość kontrowersyjnych teorii. Nie jestem historykiem, aby oceniać ich słuszność, ale zaintrygowana tymi tezami, postanowiłam zapytać się księdza na religii, co o tym sądzi, wiedząc, że Kościół nie popiera takowych poglądów. Utwierdziłam się jedynie w przekonaniu, że nie można im całkowicie zaprzeczać, ponieważ tak naprawdę, to nie ma dowodów ani na postać Graala, ani na rolę Marii Magdaleny w tym twierdzeniu. Jednakże nie ma również dowodów na to, iż Graal był kielichem, z którego Jezus pił podczas Ostatniej Wieczerzy, dlatego tajemnica, na zawsze pozostanie tajemnicą, a nic nie jest stuprocentowo pewne. Możemy jedynie wysnuwać przypuszczenia, ale nie trzeba kategorycznie niektórych odrzucać. Książka jest także w dużej mierze fikcją literacką, więc nie można odbierać jej całkowicie dosłownie i o ile wydaje mi się, że jest kilka argumentów przemawiających za słusznością twierdzenia o żonie Jezusa, które wydają się dość racjonalne, to takie przypuszczenia jak na przykład jego potomstwo, wydają mi się już bardziej mieścić w kategorii „fikcja literacka”.

"Życie jest pełne sekretów. Nie można wszystkiego wiedzieć od razu"

Historia Świętego Graala, mimo że pełna domysłów, jest również bardzo intrygująca, dlatego książkę czytałam z zaciekawieniem i nie mam nic do zarzucenia fabule. Oczywiście spotkamy się tu również z bardziej kryminalną częścią, jak m.in. pościg przez francuską policję, dlatego akcja nigdy nie stoi w miejscu, szybko się rozwija i tym samym trzyma w napięciu. Jak już wspomniałam, lektura jest pełna wątków historycznych, a także nazw miejsc i organizacji opartych na faktach i muszę przyznać, że z chęcią zgłębiłabym dodatkowo dzieje Zakonu Syjonu lub Opus Dei, dlatego tym bardziej cieszę się, że powieść rzuciła nieco światła na te tematy, które śledziłam z zainteresowaniem.
Wspomnę jeszcze o jednym elemencie książki, czyli kreacji bohaterów. Robert Langdon miał być zawziętym historykiem, pasjonatem sztuki, ikonografii i symboliki i rzeczywiście jego postać sprawia dokładnie takie wrażenie. W tym wypadku zamierzony cel, jak widać został osiągnięty. Co do Sophie, to w tym wypadku mogłabym się trochę przyczepić, ponieważ o ile na początku zrobiła na mnie wrażenie twardej, nieugiętej i silnej kobiety, to im historia posuwała się dalej, tym bardziej ona stawała się uzależniona od Roberta, a jej umiejętności łamania kodów zeszły na drogi plan. Skoro w książce było tyle poświecone sakralności kobiety, to miałam nadzieję, że przykładem tego będzie Sophie, ale niestety w tym wypadku spotkał mnie zawód. Ogólnie rzecz biorąc, jest to jedno z nielicznych zastrzeżeń, które mam do tej książki, ale ta kwestia mogłaby być bardziej dopracowana.
Spodziewałam się, że rozwiązanie będzie bardziej spektakularne. Sam epilog rzeczywiście przywołuje jeszcze tę nutkę tajemnicy obecną przez całą książkę, ale ostanie rozdziały są niestety słabszym zakończeniem bardzo dobrej lektury, która cały czas wydawała się zmierzać do punktu kulminacyjnego. Już przy dosłownie samej końcówce, odniosłam wrażenie, że akcja potoczyła się zbyt szybko i te ostatnie wydarzenia mogłyby być bardziej rozwinięte.
Mimo wszystko całokształt odebrałam bardzo pozytywnie, a na te kilka drobnych minusów, o których wspomniałam, można przymknąć oko. Pod względem kryminału, jest to książka w pełni oddająca klimat tego gatunku, a co więcej, połączona jest z wieloma wątkami historycznymi. Zgłębianie tajemnic Leonarda da Vinci sprawia, że książkę czytałam z jeszcze większą ciekawością. Z pewnością poleciłabym ją każdej osobie, która pasjonuje się historią, ale także każdemu, kto ma ochotę na wciągający kryminał.

Moja ocena: 8/10

Książka bierze udział w wyzwaniu "Kiedyś przeczytam" oraz wyzwaniu "Klucznik".




piątek, lutego 26

Czasem wystarczy najdrobniejszy gest, aby wywołać uśmiech na twarzy drugiej osoby, czyli "Posłaniec" Markusa Zusaka


 

Tytuł: Posłaniec
Tytuł oryginału: The Messenger
Autor: Markus Zusak
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: październik 2014
Liczba stron: 352

"Przez chwilę wyobrażam sobie w niej cztery asy, rozłożone tak, jakby trzymał je gracz. Nigdy by mi nie przyszło na myśl, że mógłbym nie chcieć czterech asów, zwykle człowiek modli się o taki układ kart. Ale moje życie nie jest grą"


Z pewnością wielu z Was czytało lub słyszało o  „Złodziejce książek”. Ta przepiękna historia zdobyła serca milionów czytelników na całym świecie, dzięki tematyce, wzruszającym zakończeniu i emocjom, które wywołuje. Jednakże czytając ją, moją uwagę przykuł wyjątkowy styl pisania autora, bogate słownictwo i niezwykły język. Gdy dowiedziałam się, że Markus Zusak napisał jeszcze jedną powieść, od razu zapragnęłam ją przeczytać, a całkiem niedawno wreszcie natrafiła się ku temu okazja.
Ed Kennedy jest zwykłym taksówkarzem. Brak mu powodzenia w miłości, czas wolny spędza z psem Odźwiernym lub gra w karty z trójką przyjaciół. Jego rodzeństwo już dawno opuściło rodzime miasteczko, a matka, gdy tylko go zobaczy, nie może powstrzymać wiązanki przekleństw. Człowiek, który nigdy nie wyróżniał się z tłumu, któremu los czasem lubi podłożyć nogę.
Do czasu…
Pewnego dnia przypadkowo powstrzymuje napad na bank. Od tego czasu jego imię i nazwisko jest wszystkim znane. Ale Ed nie przejmuje się groźbami przestępcy, czy chwilowym uznaniem, tylko postanawia żyć dalej bez zmian. Wtedy właśnie, dostaje pierwszego asa.
Już z początku bardzo zaciekawił mnie pomysł na książkę. Opis stawia przed czytelnikiem wiele pytań. Dlaczego to właśnie niepozorny Ed został wybrany? Kim są osoby, którym musi pomóc? I co najważniejsze – kto stoi za jego misją?
W tej książce nie da się nie zwrócić uwagi na wyjątkowy styl pisania autora i jego charakterystyczne pióro. Bardzo często używa zaledwie krótkich, ale za to bardzo dosadnych zdań, które najlepiej przemawiają do czytelnika. Przy pomocy prostych słów przekazuje bardzo ważne treści, a powiedziałbym nawet, że historia ma jedynie metaforyczne znaczenie i ma pokazać, że czasami nie potrzeba nic nadzwyczajnego, a jedynie rozmowa lub wspólne spędzenie czasu, aby wywołać uśmiech na twarzy drugiego człowieka. To właśnie główny bohater jest tego najlepszym przykładem.


"Czasem ludzie są piękni.

Nie z wyglądu.
Nie w tym, co mówią.
W tym, kim są"

Markus Zusak wykreował nieszablonowe postacie, które są odzwierciedleniem największych słabości człowieka. W żaden sposób ich nie przerysowuje, nie próbuje również uczynić z nich ludzi nad wyraz wyjątkowych. Są po prostu przeciętnymi mieszkańcami ponurego miasteczka. Ed Kennedy jest mężczyzną, który nic w życiu nie osiągnął, stracił wiarę we własne umiejętności, odizolował się od ludzi, spędza czas jedynie grając w karty z trójką przyjaciół, którzy podobnie jak on żyją bez celu, z dnia na dzień. Samotnie przesiaduje w mieszkaniu, rozmawiając z psem Odźwiernym. Jest zwykłym taksówkarzem, który oddaje się rutynie. Gdy dostaje pierwszego asa, zaczyna stawiać sobie pewne cele i dążyć do ich osiągnięcia. Najprostszymi gestami niesie pomoc  innym ludziom. Pozwolę sobie jeszcze raz powtórzyć, autor nie wykreował go na nikogo wyjątkowego, ot zwykły taksówkarz, ale to właśnie on pokazuje nam, że każdy może przezwyciężyć swoje słabości i osiągnąć więcej, niż by się wydawało, jeśli tylko uwierzy w siebie i zmobilizuje się do działania. Jest to przykład tego, ile satysfakcji może przynieść jedynie drobna pomoc, jak może to uwrażliwić na drugiego człowieka i otoczenie. Książka pokazuje całkowity kontrast, niepozorny Ed Kennedy, który ma zmienić życie wielu osób drobnymi uczynkami. Dzięki temu, historia zostawia jeszcze głębsze przemyślenia i nie jest taką, o której łatwo zapomnieć.

"Wielkie rzeczy to czasem drobiazgi, które zostały zauważone"

Sam motyw asów jest bardzo dobrze przemyślany. Jest to jedynie symbol, który ma zachęcić do działania. Czytelnik przez cały czas czeka na kolejną kartę i zastanawia się, jakie tym razem zadanie, stanie przed głównym bohaterem. Książka trzyma w niepewności, a akcja nie rozgrywa się za szybko, ale w takim tempie, aby natłok wydarzeń nie odwócił uwagi od innych, jakże ważnych aspektów przedstawionych w powieści. Jest to książka, która wywołuje wiele emocji dzięki prostym przekazom. Nie posiada wyszukanych, filozoficznych sentencji, ale symboliczne wydarzenia, które o wiele bardziej skłaniają do refleksji.
Wspominałam już o głównych bohaterze, ale tak naprawdę sądzę, że każda z postaci pokazanych w książce zasługuje na uwagę. Żadna z nich nie jest wyrwana z kontekstu, a autor nie przestaje zaskakiwać czytelnika, odkrywając przed nim nieraz fragmenty przeszłości i ukazując, iż pozory często mylą, a konkretne zachowania mogą być spowodowane czymś, co bardzo często nie jest dostrzegalne na pierwszy rzut oka. Co więcej, nawet osoby, które odwiedza Ed są bardzo ciekawe i wyraziste, a każda z nich odgrywa w historii bardzo ważną rolę. 


"A jeżeli facet taki jak ty potrafi się podnieść i zrobić to, co ty zrobiłeś dla tych ludzi, to może każdy będzie w stanie. Może każdy zdoła się wznieść ponad swoje ograniczenia"

Co jeszcze jest godne podziwu, to trwała i bezinteresowna przyjaźń między pierwszoplanowymi bohaterami. Ten wątek został także widocznie nakreślony i jest jednym z istotniejszych. Autor pokazuje, że ich relacje nie opierają się jedynie na wspólnej grze w karty, ale przede wszystkim na wsparciu i zrozumieniu, co można odczuć dokładnie na końcu powieści. Jest także wątek miłosny, który rozwija się tak naprawdę dopiero przy zakończeniu, ale ja zaliczam to wielkich zalet "Posłańca". Nie jest przesłodzony, wręcz można by rzec, że trochę nieszczęśliwy, ale za to widać, że nie jest to jedynie chwilowe zauroczenie. Co więcej, zbudowany na fundamentach przyjaźni, sprawia, że staje się jeszcze bardziej realistyczny.
Co więcej mogę dodać? Powiem tylko tyle, że po "Złodziejce książek" miałam bardzo wysokie wymagania odnośnie tej lektury, ale zostały one w pełni spełnione. Książka jest symboliczną historią, która przekazuje wiele mądrości w prosty sposób, co sprawia, że jest dawką jeszcze silniejszych emocji. Bohaterowie są nietuzinkowi i każdy z nich odgrywa w książce ważną rolę. Fabuła została idealnie przemyślana i skonstruowana. Zdecydowanie polecam "Posłańca" każdemu, kto czytał już poprzednią powieść autora, ale również tym, którzy przygodę z nim dopiero zaczynają!

Moja ocena: 8,5/10

Książka bierze udział w wyzwaniu "Klucznik" oraz wyzwaniu "Kiedyś przeczytam".


czwartek, lutego 11

Rebelianci, bunt oraz podział ze względu na krew, czyli "Czerwona Królowa" Victorii Aveyard

Okładka książki Czerwona królowa 
Tytuł: Czerwona Królowa
Tytuł oryginału: Red Queen
Seria: Czerwona Królowa (tom 1)
Autor: Victoria Aveyard
Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Data wydania: luty 2015
Liczba stron: 488

"Stwarzanie nadziei, gdy w rzeczywistości jej nie ma, to okrucieństwo. Fałszywa wiara wywołuje rozczarowanie, ból i wściekłość, przez co niełatwe sprawy stają się jeszcze trudniejsze"


Wszystko zaczyna się od niesprawiedliwych podziałów. To, co przez lata narasta w sercach społeczeństwa zepchniętego na margines, to zarzewie buntu. Wystarczy jedna osoba, która nie wypełni rozkazu, która pokaże swoją pogardę, a w ludziach na nowo rodzi się nadzieja. Tą osobą jest Mare Barrow.
Mare każdego dnia odlicza dni do poboru. Świat, w którym żyje jest łagodny tylko dla Srebrnych. Oni mają srebrną krew, my czerwoną, więc musimy dla nich pracować. Martwi się o swoich braci, a jednocześnie rozmyśla jak pomóc sobie i przyjacielowi. Jedno spotkanie całkowicie odmieni jej przyszłość. Kiedy trafia na dwór królewski, przez lata kumulowane w jej wnętrzu emocje wydostają się na zewnątrz. Wtedy odkrywa w sobie moce, których nie ma prawa posiadać jako Czerwona. Tylko, kim tak naprawdę teraz jest?
Gdy jedna osoba rozpali iskrę do zmian, podążą za nią tysiące innych. Mare jest właśnie taką iskrą, od której może zapłonąć bunt. Poznaje ludzi i fakty, które nigdy nie ujrzą światła dziennego. Umysł społeczeństwa przyćmiony jest propagandą oraz władzą, której nikt nie ośmieli się przeciwstawić. Ale ludzie nie chcą pracować dla Srebrnych, nie chcą umierać dla nich i zamiast nich wyruszać na wojnę. Oni pragną zmiany. A Mare ma szansę tchnąć w nich nową nadzieję.

"Prawda się nie liczy. Liczy się tylko to, w co wierzą ludzie"

W wielu książkach spotykamy się z właśnie tak wykreowanym światem, gdzie istnieją podziały, a ludzie zaczynają się buntować. W tym wypadku Srebrni to osoby obdarzone nadprzeciętnymi umiejętnościami, którzy potrafią igrać z żywiołami. Osoby, których krew jest czerwona, są karmieni propagandą i żyją z dnia na dzień. Przyznaję, że z podobnymi schematami można się dość często spotkać, ale mimo to, „Czerwoną królową” czytałam z zaciekawieniem. Gdzieś w połowie książki odniosłam wrażenie, że zakończenie jest już przesądzone i szczerze powiedziawszy miałam na nie kilka pomysłów. To, co jednak nastąpiło przerosło moje najśmielsze oczekiwania i mogę jedynie stwierdzić, że jako czytelniczka byłam ogromnie zaskoczona. Pani Aveyard wymyśliła końcówkę książki bogatą w zwroty akcji, które całkowicie odbiegają od schematyczności, wnosząc do fabuły kilka nowatorskich rozwiązań. Dość nietypowo zaczęłam swoje rozmyślania od zakończenia, ale to właśnie ono wywarło na mnie największe wrażenie i znacząco zaważyło także na ogólnej ocenie książki.
Autorka bardzo zgrabnie wykreowała książkową rzeczywistość, a okrucieństwo świata, w którym żyją bohaterowie zostało perfekcyjnie przedstawione. Począwszy od rodziny Mare, skończywszy na przypadkowych ludziach, możemy jedynie współczuć im losu, który zgotował im kolor krwi. Świadomie popierałam Mare w jej decyzjach, a jej zdecydowanie i pewność siebie naprawdę mi zaimponowały. Nie jest to kolejna bohaterka, która może poszczycić się jedynie irracjonalnym zachowaniem, gdyż Mare cechuje opanowanie i rozsądek. Spodobał mi się fakt, iż autorka nie poświęciła wiele miejsca na wątek miłosny, ale jedynie lekko go zarysowała, dzięki czemu jego nadmiar nie przytłacza czytelnika.

"Taka jest nasza natura - powiedział Julian - Niszczymy. To cecha charakterystyczna ludzkiego rodzaju. Niezależnie od koloru krwi, zawsze upadamy"

Inni bohaterowie również są bardzo ciekawi, a w niektórych przypadkach (kto czytał, zapewne wie o kogo mi chodzi) mimo, iż początkowo wyrobiłam już sobie o nich pewną opinię, to koniec końców okazali się być całkowicie kimś innym niż podejrzewałam. To tylko potwierdza fakt, że autorka bardzo dobrze wykreowała bohaterów, a ich „druga twarz”, którą można było poznać dopiero przy końcówce, tylko spotęgowała moje zaskoczenie!
Pomijając barwne opisy, akcja również toczy się bardzo szybko. Już wspominałam o niekonwencjonalnym zakończeniu, które obfituje w zwroty akcji, ale także środek książki wciąga w wykreowany świat i sprawia, że zaprzestanie czytania jest wręcz niemożliwe! Jedynie na wstępie akcja toczy się nieco wolniej, ale wystarczy przebrnąć przez kilka pierwszych rozdziałów, a książka umknie nam w mgnieniu oka.
Jest jednak jeden mankament, o którym wspomnę przy fabule. „Czerwonej Królowej” dość często zarzuca się schematyczność i niestety, ale muszę się z tym częściowo zgodzić. Dlaczego częściowo? Są wątki, które rzeczywiście brzmią jakby zaczerpnięte z innych popularnych historii, jak choćby „Igrzyska Śmierci”, ale mi osobiście nie przeszkadzało to w czytaniu. Może dlatego, że autorka wprowadziła też kilka swoich pomysłów, które razem tworzą niepowtarzalną całość, a dodatkowo trzymają w napięciu. Dlatego mimo tego, że pojęcia takie jak: podziały społeczeństwa, bunty czy rebelianci mogą już być dobrze znane, to można przymknąć na to oko ze względu na pomysłowość innych rozwiązań.
Podsumowując, „Czerwona Królowa” to bardzo dobra powieść, która mimo, iż miejscami może kojarzyć się nam z innymi książkami tego gatunku, jest wciągającą historią, a zakończenie sprawiło, że z niecierpliwością czekam na kontynuację. Z pewnością do jej plusów można zaliczyć nietuzinkowych bohaterów, ciekawie przedstawiony świat, a także wartką akcję. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić tę książkę każdemu miłośnikowi fantastyki i nie tylko!

Moja ocena: 8/10

A Wy czytaliście już „Czerwoną Królową”? A może również czekacie na „Szklany Miecz”? Jakie są Wasze wrażenia po lekturze?






niedziela, stycznia 10

"Trylogia Czasu" - Kerstin Gier

 - Gotowa, Gwendolyn? - zapytał w końcu.

Uśmiechnęłam się do niego.

- Gotowa, jeśli i ty jesteś gotów
Wyobraźcie sobie,  że z dnia na dzień dowiadujecie się o sobie więcej, niż przez całe dotychczasowe życie. Dowiadujecie się, że możecie podróżować w czasie. Co więcej, niespodziewanie przenosicie się w przeszłość, mimo, że zawsze wydawało wam się to niemożliwe. Przez lata byliście nieświadomi tego, kim naprawdę jesteście. Co zrobicie? Komu zaufacie?
Gwendolyn Shepherd zawsze żyła w cieniu swej kuzynki. Ale gdy okazuje się, że to nie Charlotta, a właśnie ona jest nosicielką genu, który pozwala podróżować w czasie, rzeczywistość staje się dla niej zupełnie innym miejscem. Wstępuje do tajemniczego kręgu dwunastu podróżników w czasie, stając się ostatnim ogniwem tego łańcucha – rubinem. Poznaje Gideona, jedenastego podróżnika, aroganckiego i egoistycznego, a jednak tajemniczego i przyciągającego. Teraz Gwendolyn ma przed sobą misję. Do chronografu, czyli urządzenia umożliwiającego przenoszenie się w czasie, należy wczytać krew wszystkich dwunastu podróżników. Tylko… co stanie się wtedy?
Muszę przyznać, że początkowo byłam zaskoczona, na jak wiele pozytywnych opinii  napotkałam się o tej książce. Motyw podróży w czasie bardzo mnie zaciekawił, a okładka dopełniła całości. Pierwsza część, „Czerwień Rubinu”, zapowiadała się niezwykle obiecująco. Już sam prolog pogłębił moją ciekawość i sprawił, że historia przybrała aurę tajemniczości. Przez pierwsze rozdziały przebrnęłam szybko, ale ciągle czekałam na ten punkt kulminacyjny, coś, co sprawi, że książka mnie zadziwi. Po pierwszej części czułam lekki niedosyt, owszem była pomysłowa, miejscami nawet zabawna, ale czegoś mi w niej brakowało.

Podczas drugiego tomu „Błękit Szafiru” zaczęłam czuć, że nieodparcie ten świat podróży w czasie coraz mocniej mnie wciąga. Gwendolyn zaimponowała mi swoją wrażliwością, ale także odwagą i poczuciem humoru. Można powiedzieć,  że zaczęłam wspinać się pod górę, ponieważ drugi tom zrobił na mnie jeszcze większe wrażenie niż poprzedni. Akcja zaczęła się zawiązywać, bohaterowie stanęli przed pierwszymi problemami, a styl autorki sprawił, że jeszcze bardziej zagłębiłam się w powieść. Byłam ogromnie ciekawa, kiedy wreszcie stanę na szczycie tej góry ;)

„Zieleń Szmaragdu”, czyli tom trzeci Trylogii Czasu, wywołał we mnie istną burzę emocji. Podczas czytania, siłą woli musiałam się powstrzymywać, aby czym prędzej nie przewracać kartek w celu podejrzenia zakończenia. Za każdym razem, gdy zamykałam książkę (czasem niestety okoliczności mnie do tego zmuszały!) miałam ochotę znów ją otworzyć i dalej towarzyszyć bohaterom  w ich misji. Każdy kolejny rozdział sprawiał, że czułam się coraz bardziej zatopiona w tym świecie. Trzecia część obfitowała moim zdaniem w największą ilość równań, w których „iks” ciągle czekał na rozwiązanie.

Całkowicie uległam fascynacji historią Gwendolyn. Wspomniałam już wcześniej, że to właśnie ona najbardziej mi zaimponowała. Dodam również,  że polubiłam ją właśnie za prostotę. Wstępując do kręgu podróżników w czasie, nie stała się od razu wszechwiedzącą osobą, mimo, że nigdy z niczym podobnym nie miała do czynienia. Nie stała się mistrzynią fechtunku, która chociaż nigdy takowych lekcji nie brała, nagle potrafi znakomicie się obronić. Miała problem nawet z wydawałoby się, że nieporównywalnie prostszymi zajęciami tańca, ciągle myląc kroki w menuecie. Jestem wdzięczna autorce, że nie uczyniła z niej wyjątkowej bohaterki, która wszystkiego ekspresowo potrafi się nauczyć i stawia czoła wszelakim trudnościom zawsze je przezwyciężając. Dzięki swojej naturalności, Gwendolyn stała się bardziej rzeczywista i ludzka, co sprawia, że możemy ujrzeć ją oczami wyobraźni jako zwykłą dziewczynę z silnym charakterem.

Przez pierwsze dwie części nie mogłam do końca przekonać się do Gideona, chociaż przyznam, że swój urok posiadał i rzeczywiście miał w sobie coś magnetyzującego. Natomiast, gdy historia zbliżała się ku końcowi zaczęłam poznawać inne jego oblicza i wtedy moje wątpliwości stopniowo zanikały. Zarówno on jak i Gwendolyn są idealnie wcieleni do tej historii, a ich relacje to drugi aspekt książki, która oprócz wciągającej fabuły, ma również do zaoferowania burzowy, pogmatwany, nieprzewidywalny, ale jednocześnie urzekający wątek miłosny.

Jedyny drobny minus, który mogłabym zarzucić to zakończenie, które wydawało mi się… może zbyt spokojne na książkę z tyloma zwrotami akcji. Spodziewałam się czegoś bardziej spektakularnego, ale tak właściwie to ta jedna moja uwaga gaśnie na tle ogólnego wrażenia, jakie trylogia na mnie wywołała.
Nie pozostaje mi nic innego jak zachęcił każdego do przeczytania tejże trylogii. Kto jeszcze nie sięgnął po dzieło Kerstin Gier z pewnością znajdzie w nim coś dla siebie. Od podnóża góry, coraz wyżej… Trylogię Czasu kończę na szczycie!

Ocena „Czerwieni Rubinu”: 7/10
Ocena „Błękitu Szafiru”: 8/10
Ocena „Zieleni Szmaragdu”: 9/10

Trzecia część trylogii „Zieleń Szmaragdu” została przeczytana w ramach wyzwania „Klucznik”. 

sobota, listopada 14

Trylogia "Niezgodna" - Veronica Roth

"Odwaga może się przejawiać na wiele różnych sposobów. Czasem oznacza poświecenie własnego życia dla czegoś ważniejszego, dla drugiego człowieka. Czasem to rezygnacja ze wszystkiego, co znałeś, ze wszystkich, których kochałeś,w imię czegoś większego. Ale czasem coś zupełnie innego. Czasem oznacza, że mimo bólu zaciskasz zęby i każdego dnia na nowo podejmujesz wysiłek, mozolną pracę na rzecz lepszego jutra"

Ostatnimi czasy pojawia się wiele książek, których motyw przewodni można by porównać do sławnych "Igrzysk Śmierci". Ich popularność z pewnością zachęciła niektórych do stworzenia "swojej wersji" tej historii. Często wspominana jest tu również trylogia "Niezgodna" napisana przez Veronicę Roth. Ale czy aby na pewno jest to jedynie przeróbka "Igrzysk"? A może jednak w tej książce kryje się coś więcej i nie należy jej porównywać do dzieła Pani Collins?
Ruiny miasta Chicago podzielone są na pięć frakcji: Nieustraszoność, Prawość, Altruizm, Erudycja oraz Serdeczność. Każdy szesnastolatek musi przejść test, który określi jego przynależność do konkretnej frakcji. Jeśli wynik testu nie będzie jednoznaczny, dana osoba jest Niezgodna. A jeśli jest Niezgodna, musi zostać wyeliminowana…
Beatrice Prior, częściej zwana po prostu Tris, żyje w świecie, w którym liczy się jedynie władza. Jej rodzina należy do Altruizmu, a jednak ona decyduje się dołączyć do Nieustraszoności. Jest Niezgodna. Od teraz walczy o przetrwanie. I o sprawiedliwość.
W książce możemy zetknąć się z zapewne dobrze już znanym motywem. Nastoletnia dziewczyna, która przeciwstawia się władzy i próbuje zawalczyć o lepsze jutro. Podobna historia przewijała się już w wielu książkach,  możemy zapytać, co w tym oryginalnego? Cóż, nie stwierdzam, iż jest to nowatorski pomysł, gdyż wcale takowy nie jest, aczkolwiek podczas czytania trylogii moją uwagę przyciągnęło kilka innych rzeczy, które sprawiły, że Niezgodna spodobała mi się jeszcze bardziej i nie była dla mnie jedynie kolejną oklepaną historią.
Świat, który stworzyła Veronica Roth nadaje tej książce niepowtarzalny charakter. Podział na frakcje nie jest jedynie kolejnym sztampowym pomysłem, a bardzo ciekawym wątkiem, na którym opiera się historia. Zaciekawiło mnie również podzielenie ludzi nie ze względu na stopień zamożności, a na geny, które osoba posiada. Dodatkowo, fabuła książki nie pozostawia wiele do życzenia, akcja rozwijała się szybko, chociaż muszę przyznać, że zabrakło mi trochę więcej opisów, gdyż z chęcią przybliżyłabym sobie świat, który stworzyła autorka.
W książce poprowadzona jest narracja pierwszoosobowa, ale z pewną modyfikacją, mianowicie w trzecim tomie pojawiają się również rozdziały z punktu widzenia Tobiasa, jednego z głównych bohaterów trylogii. A jeśli już o nich mowa, to przyznam, że bardzo do gustu przypadła mi właśnie Tris. Posiadała cechy, które bardzo sobie cenię, była waleczna i odważna, chociaż niestety czasem również lekkomyślna. Nie była wyidealizowana, miała również słabości, niemniej jednak starała się je przezwyciężać. Sądzę także, że dobrze wkomponowuje się w otaczający ją świat, nie jest wyrwaną z kontekstu, słabo dopracowaną bohaterką, która tak naprawdę nie pasuje do historii, ale jej charakter jest adekwatny do miejsca, w którym się znajduje. Dodatkowo jej konsekwentna i nie boi się podejmowania ryzyka zarówno jak i nowych wyzwań. Tobias, osoba również bardzo ważna dla książki, już nie wywarła na mnie już takiego wrażenia, aczkolwiek cecha, która niezwykle mnie u tej postaci ujęła to bezgraniczne oddanie Tobiasa i jego wierność Tris. Widać było jakie uczucia łączą ich do samego końca, co naprawdę wywarło na mnie wrażenie.

Końcówka zaskakująca! Na początku nie byłam pewna co do tego pomysłu, ale jedno jest pewne: we mnie, jako czytelniku, wywołało wiele emocji, a to właśnie jest najważniejsze, aby książkę zapamiętać na długo. Właśnie owo zakończenie sprawiło, że twierdzę, iż "Niezgodna" nie jest jedynie kolejną bezbarwną historią. O ile czytając pierwsze trzy tomy nie spodziewałam się niczego spektakularnego, to bardzo się myliłam. Zapewne również ustawienie zwieńczenia trylogii na szali bardzo przeważy moją ocenę. Dlatego właśnie trylogia "Niezgodna" pod wieloma względami jest inna od "Igrzysk Śmierci". I nie potrafię porównywać tych książek, gdyż obie są wspaniałe! 

Ocena: 8/10
~Shadow


Korzystając z okazji chciałabym również bardzo przeprosić za tak długą nieobecność na blogu, gdyż ostatnimi czasy byłam naprawdę przygwożdżona nauką, a dodatkowo przełom października i listopada to czas kilku bardzo ważnych dla mnie konkursów i musiałam nieco ograniczyć pisanie recenzji. Mam nadzieję, że jako, iż wielkimi krokami zbliża się grudzień, a co za tym idzie, Święta i krótka przerwa świąteczna, czasu będzie trochę więcej :)

poniedziałek, września 7

"Jesienna miłość" - przeciwieństwa się przyciągają...

„Nasza miłość jak wiatr - nie możesz jej ujrzeć, lecz możesz ją poczuć”
Zazwyczaj dobieramy sobie przyjaciół na zasadzie podobieństw. Trzymamy się z osobami, z którymi mamy wspólne tematy. Ale z pewnością kojarzycie powiedzenie "przeciwieństwa się przyciągają". Może się również zdarzyć, że jedna osoba całkowicie was odmieni…
Siedemnastoletni Landon jest nastolatkiem mającym kilku dobrych przyjaciół, bogatą rodzinę i plany na przyszłość. Jego życie jest idealnie ułożone, wydawałoby się, że nic ciekawego go już nie spotka. Jednak los, stawia na jego drodze Jamie Sullivan, pobożną, nie rozstającą się z Biblią, wolontariuszkę i córkę pastora. Gdy Landon nie ma wyboru i musi zaprosić ją na bal, ciągle ma nadzieję, że będzie to ich jedyne spotkanie. Ale Jamie jest wyjątkowa, i chcąc nie chcąc chłopak odkrywa, że pozory mylą…
Z początku miałam wrażenie, że „Jesienna miłość” będzie zwykłą, prostą powieścią o miłości z przesłodzoną relacją głównych bohaterów. No bo co w końcu może połączyć nastolatka, który tylko myśli jak uciec od nadmiaru nauki i dziewczynę, która modli się za wszystkich swoich wrogów? Okazało się, że bardzo się pomyliłam, przede wszystkim zobaczyłam, że historia jest o wiele bardziej pogmatwana niż by się z początku mogło wydawać.
Już od pierwszych stron dało się zauważyć, że Nicholas Sparks stosuje dużo opisów, a język jest bogatszy, gdyż akcja toczy się w 1958 roku. Stworzyło to wyjątkowy klimat powieści, romans rozgrywający się w dawnych czasach, gdzie o Internecie nie było mowy. Na wątek miłosny trzeba popatrzyć z lekko innej perspektywy, jako że wtedy, ludzie nie ustawiali statusu „ w związku” na Facebooku jako obowiązkowego świadectwa swojej miłości i do wszystkiego podchodzili znacznie poważniej. Bardzo spodobał mi się styl pisania autora, który nie zbagatelizował głównego wątku, ale stworzył doskonałą historię miłosną, oryginalną i wyróżniającą się pod wieloma względami.
Główny bohater nie jest płaski i zwyczajny, jakby się z początku wydawało. Gdy z biegiem wydarzeń odkrywamy jego skryte oblicze, nawiązujemy do niego nić sympatii, która z czasem staje się nierozerwalna. Jamie natomiast, pierwotnie nie polubiłam, bo jakoś całkowicie nie mogłam się wczuć w tą osobę. Dopiero, gdy jej historia została nam przybliżona, a Landon zaczął spędzać z nią coraz więcej czasu, zrozumiałam, jak wspaniała jest to postać. Wzbudziła mój ogromny szacunek, zaczęłam podziwiać jej postawę, często jej współczułam, ale również zazdrościłam, że mimo, iż życie postawiło przed nią wiele trudności, ona nie zwraca na nie uwagi i jest nieskończoną optymistką. Doskonale wie, że w oczach szkolnej społeczności jest dziwna, ale ona idzie dalej z podniesioną głową i nie rezygnuje z wartości, w które wierzy. Ma ogromną siłę ducha i… jest po prostu wyjątkowa. Naprawdę brakuje słów, które mogłyby pokazać jak niesamowita jest jej osoba.
Myślałam, że historia miłosna nie może pociągnąć ze sobą tak poważnych tematów, jakie poruszyła ta książka. Relacja bohaterów rozwijała się powoli, co przede wszystkim sprawiło, że mogliśmy dokładnie obserwować przemianę Landona, a w niektórych momentach wręcz wzruszać się do łez. Ważny wątek, który wynikł dopiero podczas przeczytania większości książki, uczynił ją niepowtarzalną i charakterystyczną. A gdy powieść zbliżała się ku końcowi, nie dało się po prostu nie wzruszyć. Zakończenie było po prostu przepiękne i również brakuje mi słów, które pokazałyby jak wielkie wzbudziło we mnie emocje. Widzicie, ostatnio zdecydowanie zbyt często brakuje mi słów ;)
Jeśli ktoś sądzi, że przeczytał już wszystkie możliwe historie o miłości, a tak będzie tylko jedną z wielu i nie warto po nią sięgać, bardzo się myli. To powieść, która z pewnością sprawi, że ją „przeżyjecie” i będziecie długo wspominać. Naprawdę ogromnie polecam!

Ocena: 8/10

~Shadow



wtorek, sierpnia 25

"Wichrowe Wzgórza" - klasyka brytyjska w wydaniu Emily Brontë

"Przewodnią myślą mego życia jest on. Gdyby wszystko przepadło, a on jeden pozostał, to i ja istniałabym nadal. Ale gdyby wszystko zostało, a on zniknął, wszechświat byłby dla mnie obcy i straszny, nie miałabym z nim po porostu nic wspólnego"
Znana na całym świecie, pięknie wydana, zekranizowana, dlaczego by tu nie sięgnąć po jedno z najbardziej rozpoznawalnych dzieł literatury brytyjskiej? "Wichrowe Wzgórza" autorstwa Emily Brontë to powieść o miłości, owianej klimatem osiemnastowiecznych wrzosowisk.
Młody chłopiec Heathcliff, jako sierota, trafia do rodziny Earnshawów. Obiekt fascynacji pana domu, budzący zniechęcenie jego dzieci, Katarzyny i Hindleya. Jednak z biegiem czasu dziewczyna zaczyna się coraz bardziej przekonywać do przybłędy, obdarzając go odwzajemnionym uczuciem, podczas gdy jej brat, coraz większą nienawiścią.
Niechciany w domu, starszy już Heathcliff wyjeżdża, wracając po trzech latach, jako przystojny, bezwzględny, bogaty mężczyzna. Z każdym dniem życie w Wichrowych Wzgórzach staje się coraz trudniejsze…
W powieści ukazane są dwie rodziny, Earnshawów i Lintonów, które po przełamaniu początkowych lodów, stają się sobie bardzo bliskie. Powrót Heathcliffa zmienia wszystko.
Tytułowe "Wichrowe Wzgórza" są rodzinnym domem Earnshawów, osadzonym w przepięknych wrzosowiskach. Również w okolicy, mieści się "Drozdowe Gniazdo", w którym to mieszka rodzina Lintonów. W powieści szczególną rolę odgrywa Edgar Linton, który to również liczy na uczucia Katarzyny. Jego postać bardzo przypadła mi do gustu. Pokazuje on ile w stanie zrobić jest człowiek, aby zyskać sympatię innej osoby. Wzruszyło mnie jego oddanie i siła uczucia jakim darzył córkę Earnshawów. Na pewno zasługuje na wyjątkową uwagę podczas czytania.
Autorka nie pokazała nam, kto jest głównym bohaterem powieści, pozwalając każdemu z nas interpretować ją inaczej. Wydaje mi się, że główne role odgrywają ex aequo Katarzyna i Heathcliff. Ważną osobą jest również Ellen Dean, początkowa niańka rodzeństwa Earnshawów, z której to punktu widzenia poznajemy historię. Mogłoby się wydawać, że skoro to Ellen jest narratorką powieści, ukaże nam tylko swoje uczucia towarzyszące zdarzeniom. Nic bardziej mylnego. Nelly jest spostrzegawczą obserwatorką, czasem występującą na pierwszym planie, a czasem bardziej w tle, a jej historia doskonale oddaje emocje wszystkich bohaterów. Przedstawia je realistycznie i wyraziście, dzięki czemu sami dostajemy namiastkę tego co odczuwają.
Można się wręcz utopić w ilości opisów, w szczególności wrzosowiska. Czasem odczuwamy lekką monotonię, ale to właśnie barwne przedstawienie krajobrazów tworzy klimat charakterystyczny dla "Wichrowych Wzgórz". A jeśli już mowa o klimacie… Napomknę tutaj, że pierwszą połowę książki przeczytałam po polsku, a drugą w uproszczonej wersji angielskiej ("Wuthering Heights") i jakaż do była odmiana! Zachęcam gorąco do przeczytania powieści w wersji angielskiej, chociażby i uproszczonej, gdyż oddaje ona klimat i nastrój wrzosowisk o niebo lepiej! Przy polskim wydaniu brakowało mi „tego czegoś” co idealnie oddaje oryginalny język. Wersja uproszczona nie jest trudna w odbiorze, a gwarantuje większą przyjemność z czytania lektury :)
Jeśli chodzi o bohaterów... Z pewnością najbardziej tajemniczą postacią jest sam Heathcliff. Jego zachowanie jest nieprzewidywalne. Potrafi raz wyznać Katarzynie miłość, a chwilę później wywołać kłótnię, nie bacząc na jej zdrowie. Sprawia to, że o ile często mu współczujemy, to jeszcze częściej współczucie zamienia się w złość. Heathcliff miewa burzliwe nastroje, ale dzięki temu, nigdy nie wiemy czego się po nim spodziewać.
Postać Katarzyny wielce odbiega od ideałów. Jest to rozpieszczona i egoistyczna od małego dziewczyna. Mimo to, gdy poznajemy ją bliżej, możemy ujrzeć, że pod jej powierzchowną skorupą , kryje się wrażliwa, uczuciowa i delikatna dziewczyna z głębokim sercem. No cóż, pozory mylą…
Ellen Dean, lub jak kto woli Nelly, stwarza wrażenie osoby rozsądnej, poukładanej i pewnej siebie. Owszem posiada te wszystkie cechy, ale ma też coś czego nie widać na pierwszy rzut oka. W jej zachowaniu występują przebłyski czułości i pokazują, tak jak u Katarzyny, całkowicie inne oblicze opiekunki.
Bardzo spodobało mi się to, że żaden z bohaterów, nie był jednoznacznie zły czy dobry. Wszyscy zostali ukazani w sposób realistyczny, nieprzesłodzony, co sprawia, że stają się jeszcze bardziej podobni do nas. Stają się bardziej ludzcy.
Głównym tematem "Wichrowych Wzgórz" jest miłość. Z początku myślałam, że będzie to młodzieńcze uczucie, nie będące w stanie przetrwać większej ilości czasu lub zakochanie od pierwszego wejrzenia, jakie możemy spotkać w pierwszej lepszej książce. Aczkolwiek, gdy strony mijały (a również za sprawą mojej Mamy, która pokazała mi inny punkt widzenia na główny wątek książki ;)) obserwowałam jak inna jest to miłość od tej, którą spotyka się na co dzień. Miłość trudna i bolesna, przeżywająca więcej smutku niż radości, która spotyka wiele przeszkód na swej drodze i pokazuje jak bardzo jest silna, próbując te trudności pokonywać. „Wichrowe Wzgórza” to nie jest powieść, przy której czytelnik się śmieje. Na każdej stronie przelany jest smutek i cierpienie, olbrzymia dawka uczuć i emocji. Dlatego właśnie ta książka jest nietypowa. Ta miłość jest nietypowa, bo nie jest przesłodzona i przesycona optymizmem na każdym kroku.
Komu by tu polecić "Wichrowe Wzgórza"? Przed przeczytaniem wydawało mi się, że jest to kolejna dziecinna powieść o tym jak dwoje ludzi się w sobie zakochuje i żyją razem długo i szczęśliwie. Wtedy określiłabym ją mianem babskiego wyciskacza łez. Teraz już nie. Może się przy niej popłaczecie, a może nie. Ja wprawdzie mimo, że nie uroniłam ani jednej łzy, przeżyłam tę książkę głęboko i na pewno zapamiętam ją na długo.  Dlatego to właśnie teraz mogę szczerze polecić tę książkę każdemu. Ja miłośniczka fantastyki, wartkiej akcji i przygód stwierdzam, że spodobała mi się książka z zatrważającą ilością opisów, emocji, w której głównym tematem jest miłość.

Ocena: 8/10

~Shadow















sobota, lipca 18

"Papierowe Miasta" - kolejna przełomowa powieść autora "Gwiazd Naszych Wina"

"Nic nigdy nie zdarza się tak, jak to sobie wyobrażamy. [...] Z drugiej strony, jeśli sobie niczego nie wyobrażasz, nigdy nic się nie wydarza."

Imię i nazwisko John Green większości kojarzy się ze słynną, zekranizowaną powieścią "Gwiazd Naszych Wina". Lecz nie tylko tą książką autor zasłużył sobie na uwielbienie. "Papierowe Miasta" to jedno z jego dzieł, napisane w podobnym stylu, również dla młodzieży. Jest to książka typowo psychologiczna, ewentualnie obyczajowa, opowiadająca o nastolatkach z dość niecodziennymi problemami. "Papierowe Miasta" przeczytałam jeszcze zanim sięgnęłam po "Gwiazd Naszych Wina" i był to bardzo dobry wybór. Powieść zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, może nie oszałamiające, ale pozytywne.
Główny bohater Quentin od lat pała sekretną miłością do swej sąsiadki, zbuntowanej, popularnej i bezkompromisowej Margo. Pewna noc, gdy dziewczyna pojawia się w jego oknie w stroju ninja wszystko zmienia. Niedługo potem Margo znika, zostawiając Quentinowi wskazówki jak ją odnaleźć. Chłopak spędza mnóstwo czasu na poszukiwaniach, ale każdym kolejnym krokiem zaczyna odkrywać inne, nieznane mu twarze tajemniczej sąsiadki…
Bohaterowie borykają się w książce zarówno z codziennymi jak i trochę odbiegającymi od rzeczywistości problemami. Green porusza bardzo ważne problemy takie jak: brak tolerancji, niezrozumienie zarówno w szkole jak i w domu. Sprawia, że patrzymy na wszystko z innej perspektywy.
 Akcja szybko się rozwija, książka jest ciekawa i wciągająca, trudno się od niej oderwać. Język z początku wydaje się prosty, ale pozory mylą. Opisy emocji postaci są bardzo realistyczne. Bohaterowie są idealnie wykreowani. Mimo, że czytałam tę książkę już jakiś czas temu, ciągle nie mogę się zdecydować, kto najbardziej przypadł mi do gustu. Może jednym z powodów mojego niezdecydowania jest ich różnorodność, bowiem autor przedstawił nam plik całkowicie innych zarówno pod względem charakteru jak i wyglądu postaci. Jedno jest pewne – każdy z nich był niepowtarzalny i tworzył nierozłączny element powieści. Z jednej strony Quentin, niby cichy i skromny, ktoś kogo trudno opisać. Z pozoru wycofany i nijaki, ale z biegiem czasu jego osoba oraz działania, które podejmuje sprawiły, że zaczęłam nabierać do niego sympatii. Z drugiej strony Margo, postać charyzmatyczna i bardzo wyrazista. Tworzy wokół siebie aurę zdecydowania, ale jednocześnie intryguje i zaciekawia. Tak naprawdę, podchodzi do życia całkowicie inaczej niż by się wydawało, można powiedzieć, że wręcz filozoficznie. Popularna w szkole, mająca wielu znajomych, pomysłowa, ale również budząca strach jest całkowitym przeciwieństwem Quentina. Tak jak powiedziałam, bohaterowie bardzo się różnią, więc na pewno każdy znajdzie tu swojego ulubieńca.
W trakcie czytania miałam wrażenie, że wiem jak całość się skończy. Przypuszczałam, że Margo postąpi inaczej. Ale moje założenia okazały się bardzo błędne! Końcówka bardzo mnie zaskoczyła, ale nie rozczarowała. Wręcz przeciwnie, stwierdziłam, że jest idealnym  podsumowaniem tej historii. Jeśli ktoś myśli, że jest to typowa powieść miłosna, bardzo się myli. Książka jest tajemnicza, intrygująca i niepowtarzalna. Obowiązkowa pozycja dla fanów Greena i nie tylko!

Ocena: 8/10

~Shadow