piątek, 26 lutego 2016

Czasem wystarczy najdrobniejszy gest, aby wywołać uśmiech na twarzy drugiej osoby, czyli "Posłaniec" Markusa Zusaka


 

Tytuł: Posłaniec
Tytuł oryginału: The Messenger
Autor: Markus Zusak
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: październik 2014
Liczba stron: 352

"Przez chwilę wyobrażam sobie w niej cztery asy, rozłożone tak, jakby trzymał je gracz. Nigdy by mi nie przyszło na myśl, że mógłbym nie chcieć czterech asów, zwykle człowiek modli się o taki układ kart. Ale moje życie nie jest grą"


Z pewnością wielu z Was czytało lub słyszało o  „Złodziejce książek”. Ta przepiękna historia zdobyła serca milionów czytelników na całym świecie, dzięki tematyce, wzruszającym zakończeniu i emocjom, które wywołuje. Jednakże czytając ją, moją uwagę przykuł wyjątkowy styl pisania autora, bogate słownictwo i niezwykły język. Gdy dowiedziałam się, że Markus Zusak napisał jeszcze jedną powieść, od razu zapragnęłam ją przeczytać, a całkiem niedawno wreszcie natrafiła się ku temu okazja.
Ed Kennedy jest zwykłym taksówkarzem. Brak mu powodzenia w miłości, czas wolny spędza z psem Odźwiernym lub gra w karty z trójką przyjaciół. Jego rodzeństwo już dawno opuściło rodzime miasteczko, a matka, gdy tylko go zobaczy, nie może powstrzymać wiązanki przekleństw. Człowiek, który nigdy nie wyróżniał się z tłumu, któremu los czasem lubi podłożyć nogę.
Do czasu…
Pewnego dnia przypadkowo powstrzymuje napad na bank. Od tego czasu jego imię i nazwisko jest wszystkim znane. Ale Ed nie przejmuje się groźbami przestępcy, czy chwilowym uznaniem, tylko postanawia żyć dalej bez zmian. Wtedy właśnie, dostaje pierwszego asa.
Już z początku bardzo zaciekawił mnie pomysł na książkę. Opis stawia przed czytelnikiem wiele pytań. Dlaczego to właśnie niepozorny Ed został wybrany? Kim są osoby, którym musi pomóc? I co najważniejsze – kto stoi za jego misją?
W tej książce nie da się nie zwrócić uwagi na wyjątkowy styl pisania autora i jego charakterystyczne pióro. Bardzo często używa zaledwie krótkich, ale za to bardzo dosadnych zdań, które najlepiej przemawiają do czytelnika. Przy pomocy prostych słów przekazuje bardzo ważne treści, a powiedziałbym nawet, że historia ma jedynie metaforyczne znaczenie i ma pokazać, że czasami nie potrzeba nic nadzwyczajnego, a jedynie rozmowa lub wspólne spędzenie czasu, aby wywołać uśmiech na twarzy drugiego człowieka. To właśnie główny bohater jest tego najlepszym przykładem.


"Czasem ludzie są piękni.

Nie z wyglądu.
Nie w tym, co mówią.
W tym, kim są"

Markus Zusak wykreował nieszablonowe postacie, które są odzwierciedleniem największych słabości człowieka. W żaden sposób ich nie przerysowuje, nie próbuje również uczynić z nich ludzi nad wyraz wyjątkowych. Są po prostu przeciętnymi mieszkańcami ponurego miasteczka. Ed Kennedy jest mężczyzną, który nic w życiu nie osiągnął, stracił wiarę we własne umiejętności, odizolował się od ludzi, spędza czas jedynie grając w karty z trójką przyjaciół, którzy podobnie jak on żyją bez celu, z dnia na dzień. Samotnie przesiaduje w mieszkaniu, rozmawiając z psem Odźwiernym. Jest zwykłym taksówkarzem, który oddaje się rutynie. Gdy dostaje pierwszego asa, zaczyna stawiać sobie pewne cele i dążyć do ich osiągnięcia. Najprostszymi gestami niesie pomoc  innym ludziom. Pozwolę sobie jeszcze raz powtórzyć, autor nie wykreował go na nikogo wyjątkowego, ot zwykły taksówkarz, ale to właśnie on pokazuje nam, że każdy może przezwyciężyć swoje słabości i osiągnąć więcej, niż by się wydawało, jeśli tylko uwierzy w siebie i zmobilizuje się do działania. Jest to przykład tego, ile satysfakcji może przynieść jedynie drobna pomoc, jak może to uwrażliwić na drugiego człowieka i otoczenie. Książka pokazuje całkowity kontrast, niepozorny Ed Kennedy, który ma zmienić życie wielu osób drobnymi uczynkami. Dzięki temu, historia zostawia jeszcze głębsze przemyślenia i nie jest taką, o której łatwo zapomnieć.

"Wielkie rzeczy to czasem drobiazgi, które zostały zauważone"

Sam motyw asów jest bardzo dobrze przemyślany. Jest to jedynie symbol, który ma zachęcić do działania. Czytelnik przez cały czas czeka na kolejną kartę i zastanawia się, jakie tym razem zadanie, stanie przed głównym bohaterem. Książka trzyma w niepewności, a akcja nie rozgrywa się za szybko, ale w takim tempie, aby natłok wydarzeń nie odwócił uwagi od innych, jakże ważnych aspektów przedstawionych w powieści. Jest to książka, która wywołuje wiele emocji dzięki prostym przekazom. Nie posiada wyszukanych, filozoficznych sentencji, ale symboliczne wydarzenia, które o wiele bardziej skłaniają do refleksji.
Wspominałam już o głównych bohaterze, ale tak naprawdę sądzę, że każda z postaci pokazanych w książce zasługuje na uwagę. Żadna z nich nie jest wyrwana z kontekstu, a autor nie przestaje zaskakiwać czytelnika, odkrywając przed nim nieraz fragmenty przeszłości i ukazując, iż pozory często mylą, a konkretne zachowania mogą być spowodowane czymś, co bardzo często nie jest dostrzegalne na pierwszy rzut oka. Co więcej, nawet osoby, które odwiedza Ed są bardzo ciekawe i wyraziste, a każda z nich odgrywa w historii bardzo ważną rolę. 


"A jeżeli facet taki jak ty potrafi się podnieść i zrobić to, co ty zrobiłeś dla tych ludzi, to może każdy będzie w stanie. Może każdy zdoła się wznieść ponad swoje ograniczenia"

Co jeszcze jest godne podziwu, to trwała i bezinteresowna przyjaźń między pierwszoplanowymi bohaterami. Ten wątek został także widocznie nakreślony i jest jednym z istotniejszych. Autor pokazuje, że ich relacje nie opierają się jedynie na wspólnej grze w karty, ale przede wszystkim na wsparciu i zrozumieniu, co można odczuć dokładnie na końcu powieści. Jest także wątek miłosny, który rozwija się tak naprawdę dopiero przy zakończeniu, ale ja zaliczam to wielkich zalet "Posłańca". Nie jest przesłodzony, wręcz można by rzec, że trochę nieszczęśliwy, ale za to widać, że nie jest to jedynie chwilowe zauroczenie. Co więcej, zbudowany na fundamentach przyjaźni, sprawia, że staje się jeszcze bardziej realistyczny.
Co więcej mogę dodać? Powiem tylko tyle, że po "Złodziejce książek" miałam bardzo wysokie wymagania odnośnie tej lektury, ale zostały one w pełni spełnione. Książka jest symboliczną historią, która przekazuje wiele mądrości w prosty sposób, co sprawia, że jest dawką jeszcze silniejszych emocji. Bohaterowie są nietuzinkowi i każdy z nich odgrywa w książce ważną rolę. Fabuła została idealnie przemyślana i skonstruowana. Zdecydowanie polecam "Posłańca" każdemu, kto czytał już poprzednią powieść autora, ale również tym, którzy przygodę z nim dopiero zaczynają!

Moja ocena: 8,5/10

Książka bierze udział w wyzwaniu "Klucznik" oraz wyzwaniu "Kiedyś przeczytam".


niedziela, 21 lutego 2016

O tym, jak ważne są więzi między rodzeństwem, czyli "Oddam ci słońce" Jandy Nelson

  
Tytuł: "Oddam ci słońce"
Tytuł oryginału: "I will give you the sun"
Autor: Jandy Nelson
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: sierpień 2015
Liczba stron: 374



"Kiedy spotykasz pokrewną duszę, to tak jakbyś wszedł do domu, w którym już kiedyś byłeś - rozpoznajesz meble, obrazy na ścianach, książki na półkach, zawartość szuflad: znalazłbyś tam drogę nawet po ciemku"

Każde rodzeństwo łączy specyficzny rodzaj więzi. A już w szczególności bliźniaki. Można powiedzieć, że jest to jeden umysł, jedna osobowość, zamknięta w dwóch ciałach. Wiele ich myśli podąża w jednakowym kierunku, nieraz mają wspólne wspomnienia, podobne charaktery czy zainteresowania.  Zrobiliby dla siebie wszystko, są jednością, wspólnie się uzupełniają.
Noah i Jude są bliźniakami, którzy zawsze byli ze sobą nierozerwalni. Łączy ich zamiłowanie do sztuki, ale nie we wszystkim są podobni. Noah jest chłopcem silnie związanym z matką, nie dogadującym się z ojcem, który nie najlepiej reaguje na rówieśników i woli zaszyć się w pokoju z kartką papieru i czymś do rysowania. Jude natomiast to oczko w głowie taty, ale za to jest skonfliktowana z matką. Rodzeństwo zawsze czuło się ze sobą szczególnie związane, ale co jeśli, w pewnym momencie ich drogi zaczną się rozchodzić?

"Nasze prawdziwe osobowości są głęboko ukryte w tych fałszywych"

Zaczynając czytać tę książkę pomyślałam, że jest ona dość specyficzna. Początkowo historię poznajemy z punktu widzenia Noah, a swoje rozmyślania zawiera w dość ciekawej formie. Po większości wydarzeń, których jest obserwatorem, lub w których sam uczestniczy, zamieszcza tytuł szkicu jego autorstwa, obrazujący to wydarzenie. Noah jest postacią bardzo wrażliwą i uczuciową, ale także niezbyt akceptowaną przez rówieśników. Jego marzeniem jest dostać się do wybitnej szkoły dla uzdolnionych artystów – CSA. Daje on upust swoim emocjom malując, a przemyślenia zawiera na kartce papieru. O ile na początku wydawało mi się, że nie będę mogła zupełnie wczuć się w taką osobowość, to z biegiem czasu, można powiedzieć, że zaczęłam wreszcie rozumieć jego charakter i postępowanie oraz współczuć mu w wielu sytuacjach.
Jak już wspomniałam, książka od pierwszych stron się wyróżnia, ale trzeba trochę czasu, aby się w nią wczuć. Wiele wątków może wydawać się niejasnych, ale wszystkie niepewności zostają rozwiane pod koniec powieści. Może wydawać się nieco nużąca z początku, ale to dlatego, że Jandy Nelson ma dość charakterystyczny styl pisania. Jej pióro bogate jest w liczne metafory i porównania, nieraz skłaniające czytelnika do refleksji. Powiedziałabym, że główną rolę odgrywają tu emocje bohaterów, które są bardzo dokładnie opisane, ponieważ historię poznajemy zarówno z perspektywy Noah, jak i Jude.
Relacja między tą dwójką to szereg niesamowitych wspomnień, ale także komplikacji. W szczególności, gdy Jude wchodzi w tak zwany okres buntu, Noah woli pozostać zamknięty w sobie, tym samym coraz bardziej oddalając się od siostry. Co się stanie, gdy na ich drodze pojawi się zazdrość i ambicje? Jude to ekscentryczka, która jednak pod wpływem czasu zaczyna dostrzegać swoje dawne błędy. Jest to osoba bardzo ciekawa i oryginalna, ale w głębi duszy również wrażliwa i sentymentalna.
Cała historia skłania do przemyśleń, chwili zwolnienia i zastanowienia się nad jakże ważnymi aspektami relacji w rodzinie, które są tu przedstawione.

"Musisz dostrzec cuda, żeby się działy cuda"

Kreacja bohaterów to istne mistrzostwo! Wiele ich ze sobą łączy, chociaż wydawałoby się, że posiadają inne priorytety. Co mi się ogromnie spodobało to fakt, iż autorka pokazuje ich w wieku zarówno trzynastu lat, jak i szesnastu. Możemy obserwować proces ich dojrzewania, klimatyzowania się w środowisku, a także tworzenia własnego charakteru i próby podejmowania pierwszych odważnych decyzji. Wydawałoby się, że z wiekiem zaczną się coraz bardziej od siebie oddalać, ale niektóre rzeczy pozostaną niezmienne, w szczególności w obliczu wspólnej tragedii.
Ta książka pokazuje nam to, co nieraz może nie być widziane na co dzień. Otwiera nam oczy na ponadczasowe wartości, takie jak miłość bliskich oraz ich wsparcie. Definiuje pojęcie szczęścia, jednocześnie zaznaczając, że nie można żyć w kłamstwie, nawet jeśli wynikałoby to z próby ucieczki przed odpowiedzialnością lub strachu przed skrzywdzeniem drugiej osoby. Autorka przedstawia wszystko w niesamowity, metaforyczny sposób, który do mnie, jako do czytelnika, stuprocentowo przemówił. Czasem wystarczy jedynie, aż ktoś uświadomi nam pewne fakty, a my zaczniemy zwracać na nie większą uwagę.
Jak już wspomniałam, jest to wielowątkowa powieść, która z początku mogłaby wydawać się nieco pogmatwana, ale pod koniec wszystkie elementy układanki zaczynają tworzyć jednolitą całość. Nie tworzą jej jedynie główni bohaterowie, ale także ci drugoplanowi, którzy również są warci przyuważenia. Mój podziw wzbudzili przede wszystkim Guilermo i Oskar, którzy pokazują, że można porzucić przeszłość w zapomnienie, a skupić się na teraźniejszości i uczyć się na nowo korzystać z życia.

Nie powiedziałbym, że fabuła jest wciągająca, a akcja toczy się szybko i trzyma w napięciu, gdyż nie jest to ten typ książki. „Oddam ci słońce” to powieść refleksyjna, która skłania do przemyśleń, a ja z pewnością stwierdzam, iż swój cel spełnia idealnie. Mogę w pełni polecić tę książkę, gdyż jest to niezwykle wartościowa, wzruszająca i zapadająca w pamięć historia, jakie nie trafiają się często. Dawno nie zetknęłam się z lekturą, która byłaby napisana w tak metaforyczny, ale jednocześnie przystępny i przemawiający do odbiorcy sposób. Barwi bohaterowie, zdarzenia, które odsłaniają słabości człowieka oraz cytaty, które podsumowują w wspaniały sposób przedstawione cele i wartości,  gwarantują niezwykle spełniony czas z tą książką!

Moja ocena: 9/10

Książka bierze udział w wyzwaniu "Klucznik"



środa, 17 lutego 2016

"After. Płomień pod moją skórą" - Anna Todd


Okładka książki After. Płomień pod moją skórą 
Tytuł: "After. Płomień pod moją skórą"
Seria: After (tom 1)
Autor: Anna Todd
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: styczeń 2015
Liczba stron: 632

"Kocham go i nie mam wątpliwości, że on kocha mnie. Nawet jeśli nasz związek nie będzie trwał wiecznie, jeśli skończy się tym, że nigdy więcej się do siebie nie odezwiemy, zawsze będę wiedziała, że w tym momencie był dla mnie wszystkim"



O książce Anny Todd słyszało mnóstwo osób. Seria „After” przysporzyła sobie w ostatnim czasie miliony czytelników, chociaż opinie o niej pojawiają się różne. Początkowo „After. Płomień pod moją skórą” było opowiadaniem fanfiction na Wattpadzie o brytyjskim zespole muzycznym One Direction. Powiedziałabym, że jest to książka, która zalicza się do takich, które „albo się kocha, albo nienawidzi”. Niestety, ale mi bliżej jest do tej drugiej grupy.
Tessa jest idealną uczennicą, poukładaną, a jej życie jest zaplanowane w każdym detalu. Ma równie idealnego chłopaka Noah, z którym zawsze czuła się szczęśliwa. Trafia na wymarzone studia, ku uciesze matki, mając zamiar w przyszłości rozpocząć pracę w wydawnictwie. Wszystko zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, gdy na jej drodze pojawia się Hardin. Chłopak bez żadnych zasad. Arogancki, łatwo wpadający w złość, cały wytatuowany, a wieczory spędzający na imprezach. Jednak spotykając go, w Tessie zaczynają budzić się emocje, których nigdy nie doświadczyła i zaczyna patrzeć na swoje życie jeszcze sprzed kilku miesięcy całkowicie z innej perpektywy.
Grzeczna poukładana dziewczyna i chłopak będący jej całkowitym przeciwieństwem. Brzmi znajomo? Powiedziałabym, że w rzeczywistości taki związek jest mało realny, ale cóż, w tej książce najwyraźniej wszystko może się zdarzyć.

"Czasami myślisz, że kogoś znasz, ale to nieprawda"

O „After. Płomień pod moją skórą” słyszałam wiele pochlebnych opinii, chociaż natrafiłam również na kilka negatywnych. Postanowiłam jednak pokierować się większością i co z tego wynikło? Kilka godzin całkowicie straconych dla schematycznej historii miłosnej. Już kreacja bohaterów nie odznacza się niczym wyjątkowym, ponieważ grzecznej, skromnej i poukładanej dziewczyny z chłopakiem, który tym wszystkim cechom zaprzecza, jest raczej dość często spotykane. Miałam nadzieję, że przynajmniej ich historia będzie odznaczała się czymś dotychczas niespotykanym, ale i w tym wypadku spotkał mnie zawód.
Zacznę od moich odczuć odnośnie osoby, której zachowanie niezwykle mnie irytowało. Mowa tu o głównej bohaterce Tessie, która jak widać nie jest tak poukładana, skoro w ciągu kilku dni traci głowę dla jednego chłopaka. Autorka zapewne chciała wykreować ją na chodzący ideał, dziewczynę, której nie można nic zarzucić, która myśli ma zaprzątnięte jedynie nauką. Jednakże ja odniosłam najwyraźniej wrażenie przeciwne do zamierzonego. Tessa w moich oczach była łatwowierną dziewczyną, która bardzo łatwo ulega namowom innych, mimo wpojonych jej nawyków. W krótkim czasie potrafi stać się całkowicie inną osobą, która ze względu na prośby współlokatorki wychodzi z nią na imprezę, a później tego żałuje. Tylko, że mimo, iż użala się nad tym jaka była głupia, że tak łatwo dała się przekonać na to wyjście, to kilka dni później postępuje dokładnie tak samo. I tak w kółko. 
Jej relację z Hardinem można nazwać burzową, ponieważ rzadko kiedy wytrzymywali dzień bez pokłócenia się. Przed całe 600 stron tej książki, miałam wrażenie, że w ogóle nie potrafi się zdecydować. Potrafiła pokłócić się z nim, a wybaczyć mu kilka godzin później. Jej „własne zdanie” jest bardzo nietrwałe i wystarczy kilka słów, aby przekonać ją do jakiegoś pomysłu, więc w sumie to zastanawiam się czy w ogóle można to nazwać „jej” zdaniem.
Hardin to kolejna postać, która wywołała we mnie konsternację. Dlaczego? Ciągle zastanawiam się, jak można stworzyć bohatera, który zachowuje się jak rozwydrzone dziecko? Jest arogancki i ma poczucie, że wszystko mu się należy, a na dodatek nie szanuje uczuć innych osób. Co więcej, jak można się w takim bohaterze zakochać? Tessa, która zawsze była idealną uczennicą, traci głowę dla kogoś kto nie dopuszcza do siebie myśli, że mogłaby mieć inne poglądy na jakiś temat niż on? Dla mnie cała ich relacja była zdecydowanie zbyt przejaskrawiona i nierealistyczna.

"Najlepsze w czytaniu jest to, że uciekasz ze swojego życia, możesz przeżyć setki, a nawet tysiące innych żyć"

Język jest prosty i właściwie to ma zarówno swoje dobre strony, jak i złe. Z pewnością dzięki temu książkę czyta się szybko, gdyż fabuła jest raczej niewymagająca, a większą część stanowią dialogi. Jednakże, jeśli styl pisania również nie jest wybitny, a historia nie ma w sobie nic wnoszącego do życia, czy skłaniającego do refleksji, to jakie wartości będzie mieć ta książka? 
Jak już wspomniałam akcja toczy się szybko, ale jest do bólu przewidywalna. Fakt, że bohaterowie ciągle się kłócili, a zaraz później sobie wybaczali, skutecznie mnie irytował, gdyż tak naprawdę właśnie to dzieje się przez 90% tej książki. Zakończenie można uznać za nieco ciekawsze, ponieważ pozostawia czytelnika w niepewności, ale wątpię, aby wystarczyło to, żebym sięgnęła po kolejne części serii.
Skoro wylałam  już falę krytyki, to dla odmiany wspomnę jeden wątek, który mi się spodobał. Mianowicie jest to fakt, że zarówno Tessa, jak i Hardin (mimo, że on raczej to ukrywał) mają jedną wspólną rzecz, która ich łączy. Zamiłowanie do klasyki literatury. Wzmianki lub cytaty z „Wichrowych Wzgórz” czy „Dumy i uprzedzenia” były ciekawym elementem historii. W niektórych momentach bohaterowie porównywali swoją sytuację do wydarzeń, przez które przechodzili bohaterowie tych właśnie książek, co również urozmaiciło powieść. Szkoda tylko,  że autorka nie wprowadziła więcej tego typu wątków.
„After. Płomień pod moją skórą” nie zaskoczył mnie pozytywnie, ani nie wywołał we mnie emocji, których oczekiwałam. Bohaterowie i ich ciągłe niezdecydowanie to chyba największy minus tej książki, fabuła jest przewidywalna i schematyczna. Język jest dość prosty, a większa część to nic nie wznoszące dialogi pomiędzy bohaterami. Kłócą się tylko po to, aby po chwili znów się pogodzić. Sądzę, że dla kogoś kto szuka niewymagającego romansu młodzieżowego, książka będzie zadowalająca, ale ja osobiście spodziewałam się po niej czegoś więcej, dlatego jeśli wolicie przeczytać coś oryginalnego i niecodziennego, to niestety, ale nie mogę tej książki polecić. Powiem tak, dla mnie jest to po prostu przewidywalna powieść o miłości, w której nic wyjątkowego czy wartościowego nie znalazłam.

Moja ocena: 3/10 

Książka bierze udział w wyzwaniu "Klucznik".



niedziela, 14 lutego 2016

Fictional Book Boyfriends Tag

Raczej nie mam w zwyczaju obchodzenia Walentynek, ponieważ nie przepadam za całą otoczką tego dnia. Stwierdziłam jednak, że mając do nadrobienia Tag, do którego nominowała mnie Mała Czytelniczka prowadząca bloga Między Półkami, dzisiaj nadarzyła się idealna okazja, aby go wreszcie wykonać. W końcu rozmawianie o książkowych chłopakach, których wyjątkowo się polubiło, brzmi dzisiaj szczególnie nastrojowo :) Za nominację serdecznie dziękuję!



1. Najbardziej romantyczny chłopak.

Nie potrafiłabym przypisać do tej kategorii nikogo innego jak Augustusa z książki "Gwiazd naszych wina". Jego poczucie humoru, dystans do własnej choroby, a także opieka, jaką otoczył Hazel, naprawdę mi zaimponowały. Ich relacja jest szczera i naturalna, a Augustus to postać, którą zapamiętuje się na długi czas.

2. Mroczny i nastrojowy "zły chłopiec" po dobrej stronie.

Może Carter z "Wybranych"? Postać bardzo tajemnicza i zamknięta w sobie, ale jednocześnie zawsze z dobrymi intencjami. 

3. Paranormalny chłopak.

Caine z serii "Gone" posiadał zdolności telekinezy, a dodatkowo roztaczał wokół siebie pewną aurę, która sprawiała, że łatwo zdobywał dominację wśród rówieśników. 

4. Chłopak, którego chcesz okiełznać.

Jeśli już, to zdecyduję się na Gideona z Trylogii Czasu. Jego aroganckie zachowanie w niektórych momentach działało mi na nerwy i najchętniej bym to zmieniła. Koniec końców, jednak polubiłam tę postać za tą inną cząstkę charakteru, którą ukazał w trzeciej części trylogii.


5. Chłopak z friendzone.

Quentin z "Papierowych miast" popadł w dość skomplikowaną relację z Margo, chociaż to właśnie jego dezorientacja i zagubienie tworzą dość nietypową osobowość. Ja w każdym razie z zainteresowaniem śledziłam losy tej dwójki, mimo nie do końca satysfakcjonującego zakończenia.


6. Twoja bratnia dusza.

Może to nietypowy wybór, ale niech będzie Bilbo Baggins. Łatwo wpada w poirytowanie i nader wszystko ceni sobie swoją przytulną norkę. Ja muszę przyznać, że również nie przepadam za wychodzeniem z domu, a już w szczególności, gdy czeka na mnie jakaś interesująca książka ;)


7. Chłopak, z którym chcesz uciec.

Elfy zawsze wydawały mi się mieć interesujące osobowości, a w szczególności kolejna postać z dzieł Tolkiena, a mianowicie Legolas. Sądzę, że u jego boku czekałaby mnie niezapomniana przygoda!


8. Chłopak, z którym poszłabyś gdziekolwiek. 

Wszędzie, gdzie tylko możliwe wybrałabym się z Golden Trio, więc oznacza to również Harry'ego Pottera! Jedna z moich ulubionych książkowych postaci, która gdziekolwiek się nie uda, zawsze natrafia na coś na swojej drodze. Jednakże wyzwania, które  ciągle stoją przed trójką przyjaciół sprawiają, że z chęcią przeniosłabym się do Hogwartu i mimo, iż mogłaby to być ryzykowna przyszłość, z ciekawością podążyłabym w jej stronę.

9. Chłopak, z którym byłabyś na bezludnej wyspie. 

Nieprzecenionych zwiadowców nie zamieniłabym na nikogo innego! Will, Gilan, a może nawet Halt nie tylko potrafiliby przetrwać w nieznanym środowisku, ale także mogłabym się od nich wiele nauczyć, a może nawet nastawić się na pewną dawkę humoru, jak to zwykle bywa, gdy ma się do czynienia z Haltem.

10. Najbardziej hardkorowy chłopak.

Tym razem pozostawię pytanie bez odpowiedzi. Nie kojarzę nikogo pasującego do tej kategorii.

11. Najlepszy chłopak do szczerego pogadania. 

Maxon z serii "Selekcja" to chłopak bardzo uczuciowy, a jednocześnie dość nieśmiały i wycofany, więc sądzę, że znalazłabym z nim wspólny język. Na pewno potrafiłby się zamienić w dobrego słuchacza, a może nawet służyć dobrą radą. Również jego opanowanie i spokój mogłyby być przydatne w próbach rozwiązania jakiegoś problemu.


Skoro już tyle rozmawia się o tej miłości, to nominuję każdego, komu tylko ten Tag się spodobał! W Walentynki rozmyślanie nad ulubionymi książkowymi bohaterami powinno przywołać wiele pozytywnych wspomnień i emocji :)
Na koniec jeszcze przepraszam, że nie dodałam zdjęć do wszystkich kategorii, ale nie do wszystkich znalazłam takie, które by pasowały.




czwartek, 11 lutego 2016

Rebelianci, bunt oraz podział ze względu na krew, czyli "Czerwona Królowa" Victorii Aveyard

Okładka książki Czerwona królowa 
Tytuł: Czerwona Królowa
Tytuł oryginału: Red Queen
Seria: Czerwona Królowa (tom 1)
Autor: Victoria Aveyard
Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Data wydania: luty 2015
Liczba stron: 488

"Stwarzanie nadziei, gdy w rzeczywistości jej nie ma, to okrucieństwo. Fałszywa wiara wywołuje rozczarowanie, ból i wściekłość, przez co niełatwe sprawy stają się jeszcze trudniejsze"


Wszystko zaczyna się od niesprawiedliwych podziałów. To, co przez lata narasta w sercach społeczeństwa zepchniętego na margines, to zarzewie buntu. Wystarczy jedna osoba, która nie wypełni rozkazu, która pokaże swoją pogardę, a w ludziach na nowo rodzi się nadzieja. Tą osobą jest Mare Barrow.
Mare każdego dnia odlicza dni do poboru. Świat, w którym żyje jest łagodny tylko dla Srebrnych. Oni mają srebrną krew, my czerwoną, więc musimy dla nich pracować. Martwi się o swoich braci, a jednocześnie rozmyśla jak pomóc sobie i przyjacielowi. Jedno spotkanie całkowicie odmieni jej przyszłość. Kiedy trafia na dwór królewski, przez lata kumulowane w jej wnętrzu emocje wydostają się na zewnątrz. Wtedy odkrywa w sobie moce, których nie ma prawa posiadać jako Czerwona. Tylko, kim tak naprawdę teraz jest?
Gdy jedna osoba rozpali iskrę do zmian, podążą za nią tysiące innych. Mare jest właśnie taką iskrą, od której może zapłonąć bunt. Poznaje ludzi i fakty, które nigdy nie ujrzą światła dziennego. Umysł społeczeństwa przyćmiony jest propagandą oraz władzą, której nikt nie ośmieli się przeciwstawić. Ale ludzie nie chcą pracować dla Srebrnych, nie chcą umierać dla nich i zamiast nich wyruszać na wojnę. Oni pragną zmiany. A Mare ma szansę tchnąć w nich nową nadzieję.

"Prawda się nie liczy. Liczy się tylko to, w co wierzą ludzie"

W wielu książkach spotykamy się z właśnie tak wykreowanym światem, gdzie istnieją podziały, a ludzie zaczynają się buntować. W tym wypadku Srebrni to osoby obdarzone nadprzeciętnymi umiejętnościami, którzy potrafią igrać z żywiołami. Osoby, których krew jest czerwona, są karmieni propagandą i żyją z dnia na dzień. Przyznaję, że z podobnymi schematami można się dość często spotkać, ale mimo to, „Czerwoną królową” czytałam z zaciekawieniem. Gdzieś w połowie książki odniosłam wrażenie, że zakończenie jest już przesądzone i szczerze powiedziawszy miałam na nie kilka pomysłów. To, co jednak nastąpiło przerosło moje najśmielsze oczekiwania i mogę jedynie stwierdzić, że jako czytelniczka byłam ogromnie zaskoczona. Pani Aveyard wymyśliła końcówkę książki bogatą w zwroty akcji, które całkowicie odbiegają od schematyczności, wnosząc do fabuły kilka nowatorskich rozwiązań. Dość nietypowo zaczęłam swoje rozmyślania od zakończenia, ale to właśnie ono wywarło na mnie największe wrażenie i znacząco zaważyło także na ogólnej ocenie książki.
Autorka bardzo zgrabnie wykreowała książkową rzeczywistość, a okrucieństwo świata, w którym żyją bohaterowie zostało perfekcyjnie przedstawione. Począwszy od rodziny Mare, skończywszy na przypadkowych ludziach, możemy jedynie współczuć im losu, który zgotował im kolor krwi. Świadomie popierałam Mare w jej decyzjach, a jej zdecydowanie i pewność siebie naprawdę mi zaimponowały. Nie jest to kolejna bohaterka, która może poszczycić się jedynie irracjonalnym zachowaniem, gdyż Mare cechuje opanowanie i rozsądek. Spodobał mi się fakt, iż autorka nie poświęciła wiele miejsca na wątek miłosny, ale jedynie lekko go zarysowała, dzięki czemu jego nadmiar nie przytłacza czytelnika.

"Taka jest nasza natura - powiedział Julian - Niszczymy. To cecha charakterystyczna ludzkiego rodzaju. Niezależnie od koloru krwi, zawsze upadamy"

Inni bohaterowie również są bardzo ciekawi, a w niektórych przypadkach (kto czytał, zapewne wie o kogo mi chodzi) mimo, iż początkowo wyrobiłam już sobie o nich pewną opinię, to koniec końców okazali się być całkowicie kimś innym niż podejrzewałam. To tylko potwierdza fakt, że autorka bardzo dobrze wykreowała bohaterów, a ich „druga twarz”, którą można było poznać dopiero przy końcówce, tylko spotęgowała moje zaskoczenie!
Pomijając barwne opisy, akcja również toczy się bardzo szybko. Już wspominałam o niekonwencjonalnym zakończeniu, które obfituje w zwroty akcji, ale także środek książki wciąga w wykreowany świat i sprawia, że zaprzestanie czytania jest wręcz niemożliwe! Jedynie na wstępie akcja toczy się nieco wolniej, ale wystarczy przebrnąć przez kilka pierwszych rozdziałów, a książka umknie nam w mgnieniu oka.
Jest jednak jeden mankament, o którym wspomnę przy fabule. „Czerwonej Królowej” dość często zarzuca się schematyczność i niestety, ale muszę się z tym częściowo zgodzić. Dlaczego częściowo? Są wątki, które rzeczywiście brzmią jakby zaczerpnięte z innych popularnych historii, jak choćby „Igrzyska Śmierci”, ale mi osobiście nie przeszkadzało to w czytaniu. Może dlatego, że autorka wprowadziła też kilka swoich pomysłów, które razem tworzą niepowtarzalną całość, a dodatkowo trzymają w napięciu. Dlatego mimo tego, że pojęcia takie jak: podziały społeczeństwa, bunty czy rebelianci mogą już być dobrze znane, to można przymknąć na to oko ze względu na pomysłowość innych rozwiązań.
Podsumowując, „Czerwona Królowa” to bardzo dobra powieść, która mimo, iż miejscami może kojarzyć się nam z innymi książkami tego gatunku, jest wciągającą historią, a zakończenie sprawiło, że z niecierpliwością czekam na kontynuację. Z pewnością do jej plusów można zaliczyć nietuzinkowych bohaterów, ciekawie przedstawiony świat, a także wartką akcję. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić tę książkę każdemu miłośnikowi fantastyki i nie tylko!

Moja ocena: 8/10

A Wy czytaliście już „Czerwoną Królową”? A może również czekacie na „Szklany Miecz”? Jakie są Wasze wrażenia po lekturze?






czwartek, 4 lutego 2016

"Star Trek. Rebelia" - J.M.Dillard


     Film na podstawie książki to określenie, które z pewnością bardzo często słyszymy. Gdy tylko do kin wejdzie ekranizacja jakiegoś bestsellera, zaczynają zewsząd napływać fale opinii, które oceniają film na podstawie zgodności z książką, podobieństwa, a Internet wprost huczy od porównań do książkowego pierwowzoru. Zdecydowanie rzadziej możemy usłyszeć „książka na podstawie filmu”, a ja sama przyznaję, że pierwszy raz miałam z takową do czynienia.
     „Star Trek. Rebelia” jest książką, ale również filmem o takim samym tytule. Kapitan Jean – Luc Picard wraz z załogą Enterprise odkrywa sekret wiecznej młodości, ale niestety ktoś  o znacznie gorszych intencjach go wyprzedził. Czy można poświęcić życie sześciuset osób w zamian za nieśmiertelność milionów, łamiąc tym samym prawa Federacji? Cze Federacja w ogóle wie o planach, jakie mają zostać przedsięwzięte przez Son’a? Kapitan Picard postanawia stanąć w imię mniejszego dobra, tym samym, ignorując powierzone mu rozkazy.
     Oglądając „Star Treka” można odczuć ten specyficzny klimat, bardzo dobrze znany dla filmów science fiction, więc co jeśli ktoś będzie próbował to przelać na kartki papieru? W tym wypadku, nie jestem nawet pewna, czy próbował. I to jest zapewne ta największa różnica między filmem, a książkową adaptacją. Zupełnie jakby ta historia w książce nie miała na celu pobudzić wyobraźni czytelnika, aby choć trochę spróbować wyobrazić sobie ten świat. Brakło mi plastycznych opisów, a w nadmiarze otrzymałam techniczne informacje, które niestety do fabuły wiele nie wnoszą, a wątpię, aby ktokolwiek wczytywał się w nie z większym zaciekawieniem.
     Nie mogłam wczuć się w bohaterów, których emocje zostały potraktowane raczej przyziemnie, a miałam wrażenie, że autorka bardziej ludzkim uczyniła robota Datę i może to właśnie dzięki temu tak go polubiłam. Rzeczywiście Data został przedstawiony jako robot, który pragnie choć raz poczuć się jak dziecko, zauważa, kiedy ludzie go odrzucają i posiada nawet lekkie poczucie humoru. Co więcej, nawiązuje pewną emocjonalną więź z dwunastoletnim chłopcem Ba’ku, Artimem. Ten wątek zapowiadał się bardzo obiecująca, ale chociaż został opisany dość pobieżnie, te kilka scen z udziałem tych dwojga bohaterów czytałam z przyjemnością. Wracając do bohaterów, oczekiwałam, że nie będą to jedynie płaskie i szablonowe postacie, ale będę mieć okazję poznać ich nieco bliżej. Niestety wyszło na to, że koniec końców, nie otrzymałam tego, czego oczekiwałam. Było zaledwie kilka momentów, gdy autorka zagłębiała się w ich psychikę, natomiast cała reszta, wszystkie podejmowane przez nich działania, traktowali rutynowo. Plusem książki jest  szybko tocząca się akcja, gdyż Picard jest dość zdecydowanym kapitanem. Wszystkie decyzje zapadają raczej bezproblemowo, tylko skąd bierze się tyle pomysłów w tak krótkim czasie? Jakaś część w statku zaczyna szwankować, chwilę później już zostaje naprawiona. I tak bez przerwy...
Jak już wspomniałam, co jest ciekawe, oprócz zwykłych zmagań wojennych, mamy w książce kilka momentów rozterek moralnych bohaterów, co jest nietypową odmianą w lekturach fantastyczno-naukowych. Szkoda tylko, że pojawiają się tak rzadko, bo to właśnie one pomagają nam poznać bohaterów, nawet tych nie do końca pozytywnych.
     Nie zabraknie również dwóch wplecionych w tło wątków miłosnych, które jednak są dość przewidywalne. Relacje między niektórymi bohaterami zmieniają się diametralnie, przechodząc od nienawiści, niechęci i wrogości do zaciekawienia, podziwu i w końcu miłości. W moim odczuciu te zmiany następowały zbyt szybko przez co były raczej mało realne, a związek jednych z głównych bohaterów został dla mnie nieprzemyślany, chwilowy, nie mający zbyt wielu perspektyw na wspólną przyszłość. Także dialogi są dość naiwne i proste, a w niektórych miejscach wręcz przekombinowane. Metafory, które nijak odnoszą się do rzeczywistości, w niektórych sytuacjach brzmiały po prostu śmiesznie.
     Oczywiście książka ma też swoje dobre strony. Z zainteresowaniem śledziłam losy Ba’ku i już od pierwszych stron, kiedy ta niewielka społeczność zaczyna być przybliżana czytelnikowi, budzą oni coś na miarę sympatii i utrzymują tę nić, aż do samego końca. Różnią się od załogi Enterprise, odróżniają się także ogromnie od burzliwych i apodyktycznych Son’a swym spokojem i beztroskim życiem. Oni właśnie stanowią kontrast dla znanych nam już bohaterów, ale jednocześnie posiadają intrygującą przeszłość, która okaże się być dość ważnym wątkiem w książce.
    „Star Trek. Rebelia” to książkowa adaptacja, która miała ogromny potencjał, ale nie w pełni go wykorzystała. Z drugiej jednak strony, może się ona bardzo spodobać miłośnikom literatury science fiction, ale już niekoniecznie fanom filmowego „Star Treka”. Z pewnością przeczytanie książki ma swoje zalety, ale nie zapominajmy, że powstała ona na podstawie filmu, więc to on jest pierwowzorem, który najlepiej oddaje całą historię. Dlatego najpierw poleciłabym może jego obejrzenie, a pomoże nam to wczuć się w ten charakterystyczny klimat "Star Treka", którego w książce niestety nam zabraknie.

Moja ocena: 5.5/10

Książka bierze udział w wyzwaniu "Klucznik" oraz wyzwaniu "Kiedyś przeczytam".